niedziela, 31 stycznia 2016

Rozdział 4


*Vicky*

Kopnęłam w drzwi. Uśmiechnęłam się przebiegle do zszokowanych gangsterów i nim oni zdążyli wyciągnąć broń, rzuciłam w nich nożami. Zostawiłam tylko jednego żywego, bo w końcu ktoś musiał nas zaprowadzić do reszty gangu. Zaśmiałam sie na widok bezradności człowieka siedzącego w kącie. Po chwili do pomieszczenia weszli za nami Lau i Brooke.
-Mogłaś nam kogoś zostawić - burknął brunet.
Pokręciłam przecząco głową i kiwnęłam lekko na Rockiego, który siedział pod ścianą. Nie chciałam, by chłopak widział powolną i bolesną śmierć, już szybkie załatwienie sprawy zrobiło na nim wrażenie. Przypomniałam sobie o bandycie siedzącym w kącie pomieszczenia, który może być uzbrojony. Spojrzałam w jego stronę. Okazało sie, że mój brat już sie nim zajął.
-Miał tylko jeden pistolet - powiedział Chris, podnosząc mężczyzne, po tym jak związał mu ręce.
Posadził go na krześle i przyłożył broń do skroni. Mieliśmy zacząć lekkie "przesłuchanie", ale zauważyłam, że Laura jest zbytnio zajęta roztrzęsionym Rockim. Postanowiłam odpuścić sobie zadanie i zająć się brunetem.  Złapałam go za dłoń i wyprowadziłam na zewnątrz. Nie protestował. W sumie to w ogóle się nie odezwał. Wzrokiem zaczęłam szukać jakiegoś miejsca, gdzie moglibyśmy usiąść. Moją uwagę przykuło auto martwych już gangsterów. Usiadłam na jego masce i poklepałam miejsce obok mnie, dając chłopakowi znak, żeby usiadł obok mnie. Wykonał moje polecenie.
Siedzieliśmy w ciszy, co jakiś czas spokój zakłócały tylko jęki "przesłuchiwanego". Rocky ciężko oddychał. Miał niespokojne spojrzenie i drżały mu dłonie. Rozumiałam jego zdenerwowanie. Sama wciąż pamiętam jak zobaczyłam pierwszy raz śmierć jakiejś osoby. Szkoda tylko, że na moich oczach umierała moja matka a ja nie mogłam nic zrobić. Tamtego dnia po raz pierwszy też zabiłam człowieka. To była szybka zemsta za śmierć mamy. Tamtego dnia również straciłam już obojga rodziców... Westchnęłam na wspomnienia, ale nie płakałam przypominając sobie bezbronną twarz rodzicielki, która już nie wykonuje żadnych ruchów. Zbyt dużo łez wylałam w moim życiu.
-Nie wiedziałem, że ludzie są zdolni do takich rzeczy - odezwał sie nagle Rocky. - Brzydziłem sie zabójcami, a tymczasem dzisiaj sam mogę komuś odebrać życie.
-Uwierz mi, że robimy im przysługę - odpowiedziałam, a chłopak spojrzał na mnie zdezorientowany. -  Zwykle zabijami złych ludzi. Zabijamy tak naprawdę tchórzy. Oni nienawidzą swojego życia, nienawidzą siebie samych. Czekają z niecierpliwością na śmierć, ale sami sobie jej nie odbiorą... Pragną jej, a jednocześnie się jej boją, ale gdy nadchodzi są wdzięczni.
-To bezsensu.
-Tak samo jak wszystko inne na tym popieprzonym świecie - zaśmiałam się pod nosem. - Wyjmij swoją broń i poćwicz strzelanie do celu. Traf w tamtą gałąź. - Wskazałam dłonią cel ostrzału.
Brunet kiwnął głową, wyjął broń i skierował lufą prosto na gałąź. Przez sekunde wpatrywał się w cel, po czym wystrzelił. Trafił. Na moich ustach zakwitł szczery uśmiech. Mamy odrobinę większe szanse, wiedząc, że chłopak celnie strzela. Zaczęłam rozglądać się za kolejnym celem. Drzewa są dla niego za łatwe - to widać. Spostrzegłam puszki leżące parę metrów dalej. Wstałam ze swojego miejsca i podeszłam do nich. Wzięłam jedną do dłoni, po czym odeszłam jeszcze parę kroków i położyłam ją na jakiejś skrzyni. Obróciłam sie i chciałam wrócić do Rockiego, gdy do moich uszu dotarł dźwięk ludzkiego oddechu. Ktoś ns obserwował. Przełknęłam ślinę. Swój pistolet zostawiłam obok Lyncha, a broń na wszelki wypadek mam w bucie. Jednak musiałam sprawdzić, czy ktoś czai sie za leśniczówką. Otuchy dodawał mi Rocky, który bacznie obserwował moje ruchy i rozumiał znaki, które pokazywałam. Dodatkowo uspokoiłam się, gdy Laura, Chris i Brooke wyszli już z naszym więźniem z budynku. Odetchnęłam głęboko i ruszyłam w stronę skąd pochodził dźwięk oddechu. Minęłam róg i zamarłam, gdy ujrzałam dziewczynę uzbrojoną po pas z bronią w dłoni. Drżały jej dłonie, więc wywnioskowałam, że tak samo jak Rocky jest nowa w gangach. Zaczęłam się cofać, a ona szła prosto na mnie, więc po chwili wyszła zza leśniczówki. Mimo iż była niedoświadczona odczuwałam lekki strach. Chciałam cofnąć sie jeszcze bardziej, ale nie pozwoliła mi na to.
-Stój! - krzyknęła, po czym zamknęła oczy. - Nie ruszaj się! Klękaj i ręce za głowę - rozkazała i podniosła powieki.
Wykonałam jej polecenie i zagryzłam dolną wargę. Laura i reszta ekipy stali oniemieli zamiast zrobić cokolwiek. Powiedziałam sobie w myślach, że jeśli przeżyję to nauczę ich poprawnej reakcji na takie sytuacje, a jeśli nie wyjdę z tego cało to zrobię im Paranormal Activity, że popuszczą w gacie! Miałam jednak wrażenie, że naprawdę mam przechlapane, bo oni wciąż nic nie robią tylko stoją jak kołki. Zamknęłam oczy czekając na strzał. Po chwili poczułam jak dziewczyna przykłada mi broń do skroni. Nie wytrzymałam z nerwów.
-Strzelaj ktoś w nią, bo zwariuje! - wrzasnęłam na całe gardło, mając wrażenie, że to są moje ostatnie słowa. Do moich uszu dotarł jednak odgłos wystrzału. Dotarło do mnie, że jeszcze żyję. Otworzyłam oczy i po mojej prawej stronie ujrzałam martwe ciało dziewczyny. Wstałam z kolan i przeżegnałam się robiąc znak krzyża nad jej ciałem, pochyliłam głowę, mówiąc w myślach słowa modlitwy. Gdy skończyłam, wyjęłam broń z rąk trupa i ruszyłam w stronę watahy. Moja twarz nie ukazywała żadnych emocji.
-Kto strzelił? - spytałam stojąc przed nimi.
Nikt się nie odezwał. Wszyscy wciąż byli w szoku. Nawet nasz więzień.
-Kto wycelował i oddał strzał? - zapytałam ponownie.
Rocky podniósł rękę, dając mi do zrozumienia, że to ona zabił, a ja miałam wrażenie, że zemdleję. Doświadczeni zbrodniacze nie potrafili zabić dziewczyny, która chciała dokonać egzekucji na mnie, a zrobił to nowy członek ekipy. Zmusiłam się do szerokiego i promiennego uśmiechu. Położyłam mu rękę na ramieniu.
-Mówiłam, że podołasz zadaniu. - Puściłam mu oczko, na co nieco się rozpogodził. - Mam u ciebie dług. Wiedz, że nie pozwolę ci umrzeć.

*Charlie*

Wypoczywałam na szpitalnym łóżku starając się skupić na słuchaniu muzyki. Moje myśli zajmowała jednak moja ekipa. Miałam złe przeczucia. Oni nie potrafią usiedzieć w miejscu i nic nie robić. Obawiałam się, że wyruszyli sami na niebezpieczną misję. Ten strach był niedozniesienia. Po paru minutach zaczęłam odczuwać potworny ból w okolicach klatki piersiowej. Wrażenie, że ktoś wbija mi nóż w sere było okropne, a to wszystko przez to, że strasznie się zamartwiałam. Jakby tego było mało - zaczęła mnie boleć głowa, a tak dokładniej tył głowy. Chciałam wstać i poprosić lekarza o pomoc, ale gdy podniosłam się z łóżka ból z tyłu głowy lekko mnie sparaliżował. Nie mogłam się poruszyć. Z bezradności łzy zaczęły mi spływać po policzkach. Nagle obraz zaczynał mi się rozmazywać, a nogi miałam jak z waty. Zacisnęłam dłoń na oparciu łóżka.
-Pomocy! - wrzasnęłam na całe gardło używając resztek sił jakie mi zostały.
Usiadłam na łóżku, by w razie zemdlenia nie zaliczyć głową jakichś krawędzi, ale najwyżej glebnąć na łóżko. Jak za mgłą widziałam wbiegających do pomieszczenia lekarzy i pielęgniarki. Po chwili straciłam przytomność.
Gdy się obudziałam, leżałam na łóżku. Nie czułam się najlepiej, właściwie czułam się fatalnie. Policzek wydawał mi sie opuchnięty, a ból głowy był jeszcze delikatnie odczuwalny. Chwilę po tym jak otworzyłam oczy, w sali pojawiła się pielęgniarka z ciśnieniomerzem i jakimiś tabletkami. Kazała mi powoli podnieść się do pozycji siedzącej. Zaczęła majstrować przy mojej ręce i po chwili miałam mierzone ciśnienie. Nie rozumiałam liczb, które wyświetlały się na urządzeniu. Po odmierzeniu ciśnienia kobieta podała mi dwie tabletki, które popiłam wodą. Zanim wyszła zdążyłam spytać ją o parę rzeczy.
-Przepraszam - zaczęłam, gdy kobieta chciała już wyjść. - Czemu zemdlałam? Co oznaczał mój ból głowy?
-O wszystkim za moment poinformuje panienkę lekarz, a ja proszę tylko, żebyś się niczym nie przejmowała. Musisz wypoczywać - odpowiedziała miło pielęgniarka, mając na twarzy czuły uśmiech, po czym wyszła
Nie ogarniałam zaistniałej sytuacji, ale postanowiłam zrobić to co radziła kobieta. Ułożyłam się więc wygodnie na łóżku i wzięłam do dłoni telefon. Napisałam krótkiego smsa do Vicky o treści Co porabia moja wataha?, licząc na szybką odpowiedź ze strony rudowłosej. Jednak nie otrzymałam jej aż do przyjścia lekarza. Moje obawy zaczynały być coraz bardziej prawdopodobne. Obiecałam sobie, że jak tylko wyjdę ze szpitala to pokażę im co się dzieje gdy nie odpisują szybko na wiadomości, a ja się martwię.
Lekarz zaraz po wejściu do pomieszczenia usiadł na krześla naprzeciw łóżka. Westchnął ciężko trzymając w rękach jakieś papiery. Błądziłąm po mężczyźnie pytającym spojrzeniem.
-Mam dla pani dosyć... Ciekawe wieści - zaczął niepewnie. - Za niedługo będzie mogła pani...
-Proszę mówić do mnie Charlie. - Uśmiechnęłam się przyjaźnie, a na twarzy lekarza zarys uśmiechu.
- Dobrze - zaśmiał sie lekko pod nosem. - Charlie za niedługo wyjdziesz ze szpitala.
-Naprawdę? - spytałam niewierząc, a lekarz potaknął ruchem głowy. - To cudownie.
-Ale będzie pani musiała dbać o siebie i zażywać tabletki.
-Jakie tabletki?
-Na wysokie ciśnienie - odparł lekarz. - Pomimo tak młodego wieku doskwiera ci nadciśnienie.
-Moja mama także je miała - mruknęłam pod nosem, spuszczając przy tym głowę.
-Nie sądzę by było to dziedziczne. Stawiałbym raczej na częste zdenerwowanie i nadszarpnięte nerwy.
Kiwnęłam głową na znak, że rozumiem.
-Nie będzie mnie to zbytnio ograniczać w życiu? -  zapytałam, przypominając sobie o mojej drużynie.
-Nie wydaje mi się... Wystarczy tylko, że nie będziesz sie zbytnio denerwować ani przejmować różnymi rzeczami - wyjaśnił mężczyzna. - Poza tym jeszcze tylko tabletki w razie złego samopoczucia.
Podziękowałam lekarzowi za miłe traktowanie i zanim zdążył wyjść, zapytałam o mój wypis. Ucieszyła mnie wiadomość, że mimo "wykrytego" nadciśnienia, będę mogła wyjść za jakieś parę dni. Zmusiłam się do zaprzestania myślenia o tym co może porabiać mój gang i o tym, że mogą być w niebezpieczeństwie, a ja już ich nie zobaczę.

*Rocky*

Victoria opierdzielała Laurę, Brooke'a i Chrisa, podczas gdy ja celowałem kamykami w plecy naszego pojmanego. Najlepsze było w tym to, że jemu to nie przeszkadzało, więc ja nie zaprzestawałem swojej zabawy. Nagle poczułem jak ktoś łapie mnie za tył koszulki i podnosi do góry. Prawie od razu zrozumiałem, że to Victoria.
-On strzelił! Może się wahał, ale strzelił! - krzyczała, wciąż nie puszczając mojego ubrania - Dzięki niemu żyję!
-Ale jeszcze nie było takiej sytuacji, że TY byłaś zagrożona - tłumaczył się Chris. - Zwykle ty ratowałaś nas
-Powinno to oznaczać, że wasza reakcja będzie jeszcze szybsza - odburknęła do niego rudowłosa. - Chyba wiecie czemu jestem aż tak pewna.
-No właśnie nie wiemy - mruknęła Laura, patrząc w bok.
-Jestem pewna swoich zachowań, bo wiem, że przy was nie powinnam zbyt szybko odejść z tego świata. A nawet jeśli przez kogoś byłabym trupem to waszym obowiązkiem jest pomszczenie mnie. Obiecaliśmy to sobie - odparła Victoria. - Mam nadzieję, że nie macie sklerozy i przy następnej takiej okazji weźmiecie przykład z Rocky'ego.
Gdy dziewczyna zakończyła swoją dyskusję z resztą zgrai, puściła mnie, pozwalając mi znów usiąść na kamieniu. Nie wróciłem do swojej wcześniejszej czynności, ale obserwowałem poczynania rudowłosej, które lekko mnie zaciekawiły. Dziewczyna odeszła parę kroków i nasłuchiwała czegoś. Tylko ja zwróciłem uwagę na jej ruchy, bo reszta była zajęta konwersowaniem na bliżej nieznany mi temat.
-Coś mi tu nie gra - szepnęła cicho Victoria, przez co tylko ja ją usłyszałem. - Chłopaki znajdźcie jakieś łopaty i kopcie, póki mamy czas. Trzeba pochować tą dziewczynę.
Kiwnąłem razem z chłopakami głową dajac znać, że rozumiemy. Ja wszedłem sprawdzić leśniczówkę, a chłopaki sprawdzali teren obok niej. Nie znalazłem nic w pomieszczeniu, więc wyszedłem. Okazało się, że Brooke znalazł łopaty, toteż zaczęliśmy rozkopywać ziemię. Miałem ciarki na plecach, myśląc o tym, że tu będzie spoczywać moja pierwsza ofiara. Co jakiś czas stawałem w bezruchu i zamyślałem się. Patrzyłem w niebo i zastanawiałem sie, gdzie trafi dusza tej dziewczyny. Minęło może dwadzieścia albo trzydzieści minut zanim skończyliśmy kopać. Wyskoczyłem z dołu i zbliżyłem się do martwej dziewczyny. Podniosłem trupa. Bezwładne ciało nie wykonywało żadnych ruchów. Chciałem płakać, krzyczeć i uciec z tamtąd jak najdalej, jednak trzymałem nerwy na wodzy. Wiedziałem, że od tego zależało moje życie. Wyobrażałem sobie, że oni mogliby mnie zakopać w takiej dziurze, a potem po prostu zakryć ślady i żyć dalej. Ocknąłem się z zamyślenia, gdy zatrzymałem sie już obok dołu.
Stojąc obok wykopanego grobu, wrzuciłem ciało. Przełknąłem ślinę, wpatrując się w trupa. Brooke i Chris zaczęli zasypywać dziurę. Widziałem jak dziewczyna jest przykrywana ziemią. To były ostatnie chwile, gdy ktokolwiek o niej pamiętał. Byłem pewien, że ten dzień będzie mi się śnił w koszmarach.
-Coś jest nie tak - powiedziała nagle Victoria, sprowadzając na siebie nasze pytające spojrzenia.
Przez moment rudowłosa stała w zamyśleniu, nasłuchując i wypatrując czegoś. Minęło parę sekund, gdy jej twarz zmieniła się z zamyślonej w przerażoną. - Wiejemy stąd - oznajmiła twardo, kierując się w stronę ścieżki.
-Co? - wymsknęło mi się. - Co jest?
-Nie czas na pytania - warknęła Victoria. - Musimy sie stąd zmyć jak najszybciej.
Zrozumiałem, że gdy ona mówi tonem nie znoszącym sprzeciwu to coś się dzieje i trzeba słuchać jej poleceń. Ma przeczucia i intuicję. Nagle dziewczyna obróciła się w stronę leśniczówki, która "oddaliła" się już od nas. Laura poszła za jej wzrokiem.
-Biegniemy! - krzyknęła Marano i rzuciła się pędem przed siebie.
Wszyscy wzięliśmy z niej przykład. Po chwili usłyszałem odgłos wybuchu. Jakaś siła wypchnęła mnie do przodu. Poleciałem na twarz. Czułem się jak sparaliżowany, nie mogłem wstać ani się poruszyć. Coś mnie bolało, ale nie wiedziałem co. Słyszałem jakieś krzyki, ale nie mogłem rozpoznać głosów ani nie rozumiałem przekazu tych wrzasków. Chciałem zamknąć oczy i zasnąć, ale coś mnie powstrzymywało.
Poczułem jak ktoś łapie mnie za ręce i ciągnie mnie gdzieś.

***

Obudziłem się przed lasem na jakiejś polanie. Obok mnie siedziała Laura. Miała ubrudzoną twarz i ubranie, ale na jej twarzy widniał czuły uśmiech. Gdy spostrzegła, że się przebudziłem, odgarnęła niesforny kosmyk z mojego czoła. Byłem obolały.
-Co się stało? - spytałem.
-Gangsterzy podłożyli ładunek wybuchowy i wysadzili leśniczówkę. Są tak sprytni, że szkody powstały tylko na terenie wokół leśniczówki. Mieli nadzieję, że umrzemy tam.
-Victoria to wyczuła?
-Tak - zaśmiała się Laura. - Ma niesamowitą intuicję.
Uśmiechnąłem się pod nosem.
-Właściwie to gdzie oni są? Gdzie reszta ekipy? - zapytałem, zdając sobie sprawę z braku chłopaków i rudej.
-Sprawdzają dokładnie czy nie ma jeszcze jakichś "pułapek" na nas
Kiwnąłem głową na znak, że rozumiem. Zaczęło mi się podobać uczucie niebezpieczeństwa. To było coś nie do opisania wiedzieć, że za chwilę mogę umrzeć.